sobota, 3 lipca 2021

(Recenzja) Katarzyna Clio Gucewicz - Drżenie lata

Kilka lat temu, na krajowym rynku wydawniczym, ukazała się debiutancka powieść Katarzyny Clio Gucewicz traktująca o Date Masamune, którą autorka zatytułowała „Księżycowe blizny”. Tematyka była intrygująca, więc z zaciekawieniem po nią sięgnąłem, a nawet chwilę z autorką wówczas na temat książki porozmawiałem. Wówczas już Gucewicz wspominała o tym, że być może pojawi się kontynuacja tej powieści. Nie sądziłem natomiast, że powstanie z niej trylogia, a to jakiś czas temu – po wydaniu „Drżenia lata” - stało się faktem. Jak więc wypada najnowsza odsłona tej hmm…czy można już napisać sagi?



Cóż, przede wszystkim to, co rzuciło mi się w oczy to fakt, że mimo tego, że „Drżenia lata” to trzecia odsłona serii, to równie dobrze można ją czytać…jako oddzielną powieść. To może wydać się dziwne, ale autorka w taki sposób poprowadziła akcję, że równie dobrze będą się przy niej bawić ci, którzy znają poprzednie odsłony, jak i ci, którzy po historię Masamuny sięgną po raz pierwszy. Czy to zabieg celowy? Tego nie wiem, ale wiem, że całkiem nieźle się to sprawdza, gdyż może przyciągnąć do trylogii nowych czytelników. Gucewicz stworzyła w trzeciej części niejako zamkniętą całość, gdyż w tej odsłonie opowiada o poszukiwaniach (w przenośni i dosłownie) narzeczonej dla przyszłego daimyo. Od pierwszej do ostatniej strony powieści, to właśnie ten wątek jest tym głównym i podstawowym, Gucewicz nie wykracza raczej poza jego ramy, więc całość zrozumiała będzie dla tych, którzy dwóch wcześniejszych książek nie czytali, ale też z tego powodu nie pogłębi przesadnie wiedzy na temat kreowanego świata – oczywiście poza niezbędnymi elementami. Takie podejście tak jak wspomniałem, sprawia, że trzecia część staje się też w pewien sposób częścią samodzielną. Z drugiej strony jest trochę też tak, że nastrój i atmosfera całej historii jest minimalistyczna, żeby nie rzec intymna, i to co najmniej z kilku względów.

Przede wszystkim sama tematyka, małżeństwo, jak i rozprawy o miłości, którą prowadzi Gucewicz, nadaje jej takiego charakteru. Od samego początku daje się w tej książce odczuć damską rękę autorki, przez co historii bliżej do romansu czy sagi obyczajowej aniżeli do opowieści samurajskiej z krwi i kości, jaką znamy choćby z sagi „Musashi”. Daje się też poznać, że to kobieta – proszę mnie dobrze zrozumieć, nie krytykuje tego faktu – pisze tę powieść. Jednocześnie widać, że Gucewicz w pewien sposób nie tylko kreuje świat i opowieść, ale też przelewa na papier pewną cząstkę swojego światopoglądu. Znajdziecie tu tym samym sporo „wątków feministycznych”, stawiających silne, bezpośrednie i odważne kobiety w centrum zainteresowania, znajdziecie rozprawy o uprzedzeniach wobec kobiet, które zresztą nie zdarzały się raczej przesadnie często w ówczesnej Japonii. Dla kreowania atmosfery zapewne ważny jest też fakt, że pisarka nadała mu takiego sznytu z gatunku „yaoi”. Już co prawda w poprzednich odsłonach dało się to odczuć, ale w części trzeciej jest nad wyraz widoczny fakt, dwuznacznych relacji, jakie łączą Date Masamune z jego przyjacielem (czy aby na pewno przyjacielem?) Kagetsuną… Te są nad wyraz dwuznaczne, że pozwolicie, posłużę się cytatem z książki – „bardziej niż nakazywałaby przyzwoitość”. Uwierzcie mi, że nie pozbędziecie się nawet na chwilę poczucia, że nasz duet bohaterów łączy coś więcej niż przyjaźń i posłuszeństwo poddanego względem władcy, co zapewne będzie miało tak samo liczne grono tym faktem czytelników zachwyconych, jak i zniesmaczonych. Prawdą jest, że dzięki tego typu posunięciom powieść nabiera specyficznego charakteru.



Na intymność, którą możemy tu dostrzec, wpływ mają zapewne też dwa inne elementy tj. niewielka liczba występujących tu bohaterów, dzięki czemu wszystkich ich dobrze znamy i zżywamy się z nimi, jak i to, że przez większą część książki tym najważniejszym nie jest wcale Date Masamune a pewne rodzeństwo, czyli Kita i Kagetsuna. Wszystko to jednak zmienia się dokładnie na 231 stronie książki, na której to stronie dochodzi do trzęsienia ziemi, którego nie powstydziłby się choćby i sam Hitchcock. Naprawdę. W tym momencie pojawia się zupełnie inny element, którego wcześniej nie było zbyt wiele. Pojawia się ogromna dynamika. Akcja, ale i sam powieść, nabiera ogromnej dramaturgii i jeszcze większych rumieńców. Wydarzenia zaczynają gnać na złamanie karku aż do wielkiego finału, po którym to następuje powrót do tej nieco leniwej – w żadnym wypadku nudnej – atmosfery. Śmiało można więc stwierdzić, że Gucewicz odnajduje się nie tylko w romansach i obyczajówkach, ale też dobrze potrafi konstruować dynamiczne historie. Dzięki tym umiejętnością jej książki nabierają wyrazu, a czytelnik nigdy nie wie, czego może się tak do końca po nich spodziewać.

Jaka jest więc trzecia odsłona sagi o Date Masamune? Na pewno charakterystyczna dla tej autorki. Na pewno „jakaś”, na pewno też jest to lektura, która mija nam błyskawicznie. Co prawda nie jest to opowieść stricte samurajska, ma w sobie sporo z obyczajowych historii, ale w żadnym wypadku nie można mówić, że jest to powieść przeciętna. Wręcz odwrotnie, można napisać, że wyróżnia się pozytywnie, co może być dodatkową zachętą, aby sięgnęli po nią ci, którzy do tej pory nie mieli ku temu okazji. A ja sobie samemu bym życzył, aby powstała kolejna część, aby móc poznać dalsze losy Masamune i aby autorka rozwinęła nieco więcej wątków, które na to zasługują. A tymczasem, w oczekiwaniu na kolejną część, zachęcam do lektury. Lektury idealnej na zbliżające się wielkimi krokami wakacje.

Drżenia lata


Autor: Clio-Gucewicz Katarzyna
Wydawnictwo: Kirin
ISBN: 9788362945986
Języki: polski
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 432
Oprawa: miękka


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz