poniedziałek, 7 sierpnia 2017

(nie znam się, ale się wypowiem...) "Konsolowe odgrzewane kotlety"

Niekiedy mam tak, że chcę wypowiedzieć się na jakiś temat, a forumowe czy facebookowe komentarze nie do końca są tym, co mnie kręci. W związku z powyższym, korzystając z tego, że prowadzę tego bloga, wykorzystam miejsce na krótkie wpisy tutaj. Nie będą to nie wiadomo jak mocno rozbudowane teksty, może nawet chaotyczne, a czasami mogą „wkładać kij w mrowisko”, więc zapraszam do ewentualnej dyskusji. Możecie mi podesłać na @ taki tekst to wrzucę go jako oddzielny wpis.

Zaczynamy.




Od jakiegoś czasu, przyglądając się dyskusjom w komentarzach, na portalach poświęconych grom, zauważyłem bardzo dużą krytykę tzw. odgrzewanych kotletów, czyli gier, które były już kiedyś dostępne na jakąś platformę, a po dłuższym czasie zostały wznowione na zupełnie inną konsolę. Zarzuty, które najczęściej wówczas padają to: bardzo wysokie ceny takiego produktu oraz fakt, że studia, zamiast skupić się na nowościach to wolą iść na łatwiznę i bez wielkiego nakładu pracy wydać staroć, aby po raz kolejny zarobić na tym samym towarze. Jako przykład może posłużyć "Ultra Street Fighter II" wydany jakiś czas temu na najnowsze dziecko Nintendo - Nintendo Switch. Ileż to można przeczytać żali o to, że gra ta się ukazała i to w takiej cenie. Może jednak warto odwrócić pytanie i napisać – a co jest złego w wydawaniu tego typu produktów? Na swoim przykładzie. W tę część "SF" grałem niezliczone lata temu, gdy pożyczyłem od kolegi na kilka dni Segę. Ileż to wówczas spędziłem godzin na jej ogrywaniu. Trochę z musu (kolega posiadał tylko tę jedną grę), a trochę z tego, że ta gra dawała naprawdę masę frajdy. Od tego czasu, czyli od lat 90-tych, moje drogi z serią "SF" rozeszły się na wiele lat. Po tym, jak pojawiły się pierwsze informacje, że gra ta ma zostać wznowiona na Switcha, przypomniały mi się te młodzieńcze lata i godziny spędzone na oklepywaniu mord kolejnych fighterów. Od razu więc było pewne, że gra ta w mojej bibliotece się pojawi. Co jest złego we wracaniu do staroci? Nic. I jakie znaczenie ma to, że gra ta ukazywała się też na innych konsolach wcześniej? Żadne. Mnie cieszy to, że każdy z graczy ma wybór i sam może zadecydować, na jakim sprzęcie grę tę odpali. Kwestia ceny. Czy 134zł (w dniu premiery) za grę to naprawdę tak dużo? I tak i nie. Z jednej strony, jak na nasze polskie zarobki to wydatek znaczący. Z drugiej jednak manipulują faktami ci, którzy twierdzą, że próbuje się nam sprzedać starą grę za cenę nowej. Przykład? Proszę. Nowa Zelda (sporo po premierze)kosztuje w sklepie co najmniej 250zł (plus wysyłka). Wychodzi więc na to, że "SF" kosztował niemalże połowę mniej niż nowa gra. Wydaje się więc, że cena jest (przynajmniej w moim przekonaniu) uczciwa. Pewnie, że każdy chciałby mieć wszystko jak najtaniej, ale to nie oznacza, że mamy dostawać grę czy cokolwiek innego za darmo. Gdzieś pewna granica powinna przebiegać. Przed zakupem każdy wiedział czego się po niej spodziewać, nie został więc oszukany i mógł sam zadecydować czy wchodzi w ten interes, czy nie.



Trzecia sprawa to gry stare zamiast praca nad nowymi. Owszem tu jest trochę prawdy, że fajnie jest dostawać same świeżynki, ale osobiście lubię zagrać też w starsze tytuły, stąd w mojej kolekcji "SF" czy NES (a wkrótce mam nadzieję, że i SNES). I jedni mogą nazywać to "odgrzewanym kotletem", ja na to mówię z kolei świetna zabawa. Gdyby nie fakt, że takowe gry są wznawiane, wielu z nas nie miałoby możliwości zagrania w kultowe produkcje jak właśnie "SF", niedawno wydany "Crash" czy kilka innych. Zresztą ja nadal oczekuję, aż ktoś łaskawie zabierze się za jedną z największych gier w historii, czyli „Chrono Trigger”. Tak, nie grałem jeszcze w tę pozycję, gdyż emulatorów nie uznaję, a dostęp do innych wersji jest nieco utrudniony. Osób, które liczą na wznowienie jakiegoś konkretnego tytułu, jest pewnie więcej, więc niech te starocie się na rynku pojawiają, nikt przy zdrowych zmysłach nie bierze przecież pod uwagę tego, że mogą one wyprzeć z rynku nowe propozycje.

Na koniec jeszcze ostatnie zdanie. Moim zdaniem obecnie największym zagrożeniem i kłamstwem producentów gier są płatne DLC. To jest największy problem i nad tym należałoby się skupić. W tej chwili producenci mogą wydać największy badziew, grę w połowie tylko przygotowaną do ukazania się na rynku i wszystko jest ok. Co za problem pobrać po kilku dniach łątkę? Podobnie z dodatkami. Nie wystarcza, że raz się zapłaciło za daną pozycję. Studio każe nam płacić po raz kolejny za każdy nowy dodatek, który jeszcze kilka lat temu dostępny byłby od pierwszego uruchomienia płyty bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Co najgorsze zdarza się, że te płatne elementy mają ogromny wpływ na fabułę danego tytułu, co jest naprawdę słabe.

Jako że najlepsze głosowanie to głosowanie portfelem to ja postanowiłem sobie, że DLC kupować nie będę. Trudno, najwyżej mnie coś ominie, ewentualnie będę kupował gry jakiś czas po premierze, gdy w pudełkach są dostępne ich pełne i poprawione wersje. Osobom krytykującym „odgrzewane kotlety” proponuję zrobić to samo, czyli po prostu nie kupować tego typu pozycji.



4 komentarze:

  1. Nowe propozycje są fajne, ale tak jak piszesz stare gry mają też coś fajnego w sobie i dobrze jest do nich powrócić i powspominać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem ta gierka naprawdę jest całkiem niezła :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Crash jak dla mnie jest strzałem w dziesiątkę, skorzystają na nim zarówno starzy fani jak i ci nie zaznajomieni z serią :)

    OdpowiedzUsuń