sobota, 21 maja 2016

(Recenzja - przedpremierowo) Łukasz Kowalczuk - RadioActive Cross: Ostatnia Bitwa Epickich Rozmiarów

Łukasz Kowalczuk nie jest może mistrzem w budowaniu skomplikowanych charakterów postaci, baa nie jest też może mistrzem w tworzeniu wielowątkowych historii. Łukasz Kowalczuk ma za to coś innego co tak przyciąga do jego komiksów. Posiada dar grania (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) na uczuciu nostalgii do czasów dzieciństwa, młodości tak innej niż ta, która jest udziałem dzisiejszej młodzieży. A, że dodatkowo jeszcze jego komiksy bawią pozostaje się cieszyć, że działa on na naszym rynku komiksowym.






Nostalgię łatwo wyczuć można było we „Vreckless Vrestlers”, i tak jest też w kolejnym komiksie tego autora zatytułowanym „RadioActive Cross”, który już wkrótce ukaże się drukiem, nakładem Studia Lain. Dzięki uprzejmości autora miałem okazję zajrzeć do niego przedpremierowo i powiem wam na wstępie, że czekam na wydanie papierowe, aby po raz kolejny się nacieszyć tym krótkim, ale treściwym zeszytem.

„RadioActive Cross” to wszystkie te elementy, z których Kowalczuk dał się poznać przy „Vrestlersach”. Po raz kolejny przesadnie rozbudowana fabuła, rozwinięte psychologicznie i wielowymiarowe postaci schodzą na drugi plan, ustępując miejsca akcji, akcji, akcji i jeszcze raz akcji. Ta zresztą jest okraszona dodatkowo dawką humoru i elementów, które mogą nas zaskoczyć ze spektakularnymi zwrotami akcji i zdradami na czele. W XXV wieku ludność przeżyła wojnę atomową, której efektem jest totalny rozpierdziel, który panuje na Ziemi. Wróciły na nią nie tylko radioaktywne dinozaury, ale również Ci, którzy chcą nią zawładnąć, korzystając z panującego chaosu. Sprzeciwić ma się im garstka ochotników zgromadzonych wokół, tzw. „Radioaktywnego Krzyża”. Czterech członków organizacji stawia na szalę swoje życie, aby uratować to co pozostało z Ziemi, którą znamy. Tyle o fabule głównej historii, reszta to już sieczka i akcja. Od pierwszego kadru widzimy co się święci, uczestniczymy w naradzie „Krzyża” i akcji, wymierzonej w głównodowodzących armiami wroga, co w finalnym efekcie daje kilkanaście stron niezłej rozrywki.



Wspomniałem wcześniej o tym, że zeszyt ten nie składa się z jednej historii i tak jest w rzeczywistości. Poza epizodem, o którym było wyżej, „RadioActive Cross”, składa się jeszcze z dwóch krótszych historii komiksowych i, co ciekawe, jednej opowieści. I przyznaję bez bicia, że przynajmniej jeden z tych szortów zrobił na mnie ogromne wrażenie. Kto grywał kiedyś w Pegasusa zapewne zrozumie co miałem na myśli.

Zastanawiam się po lekturze „RadioActvie Cross” co jest takiego w komiksach Kowalczuka, że czyta się je tak dobrze? Pewnie fakt, że komiks ma w dużej mierze bawić (i bawi), a do tego nie zawsze potrzebna jest jakaś wybitnie skomplikowana historia. Na korzyść tego autora przemawia również to, że tak umiejętnie operuje smaczkami w postaci odniesień do dawnych lat czy nawet realnych wydarzeń, vide „Zimna Wojna”, która tak naprawdę rozpoczęła postapo w tej historii, czy wykorzystane bardzo znane zdjęcie ze zdobycia Iwo Jimy, które przełożył na swój sposób. Oglądając jego rysunki i czytając tworzone przez Łukasza historie bez trudu wracam też do swojej młodości, przypominają mi się figurki czy filmy animowane o przygodach GI Joe (tudzież Johna Rambo), wracam do lat spędzonych przed ekranem telewizora ogrywając kolejne kartridże na wspomnianym już Pegasusie. Jego komiksy to rozrywka w najczystszej postaci, bez zbędnych podtekstów czy udziwniania, czego doskonałym przykładem jest właśnie recenzowany zeszyt. Ok, zgodzę się, że nie są to komiksy dla każdego, że nie wszystkim musi przypaść do gustu fakt, że są to opowieści dość proste i bez specjalnie wyszukanych dialogów, ale pokolenie dzisiejszych 30-latków może bawić się przy nim wybornie. W recenzowanej historii jest miejsce na humor, na dawkę brutalności i ogromną ilość akcji. Świetnie podsumował ten zeszyt sam Kowalczuk do spółki z Wydawcą umieszczając na tyle okładki znamienne zdanie, że jest to komiks dla dorosłych dzieci. Tak jest w rzeczywistości.



I jeśli warstwa scenariuszowa jest hmm…specyficzna tak styl rysunku Kowalczuka jest nad wyraz dziwny (i tu znów należy podkreślić, że w dobrym znaczeniu słowa). Oczywiście nie jest to kreska przeznaczona dla fanów pięknych i dopracowanych obrazów. Rysunki są niekiedy niedbałe, postaci nie mają wiele wspólnego z realizmem, ale po raz kolejny broni je wytworzony przez Kowalczuka klimat. Z każdego kadru bije po oczach to jak autor bawi się tym co robi i jaki ma przy tym dystans nie tylko do siebie, ale też do samego komiksu. Całości dopełniają bardzo energiczne (choć równie nierzeczywiste) kolory, będące ozdobą i znakiem rozpoznawczym Kowalczuka. Można też pisać o tym, że kadry rysownika są w większości uporządkowane, że większa część komiksu stworzona jest w poziomie, że wykorzystuje on grube ramki, które uwydatniają to co się dzieje wewnątrz nich,ale to naprawdę nie ma sensu. Liczy się coś zupełnie innego, czemu daję wyraz w tym tekście.



Cóż, rzeczy wydawane przez Łukasza są bardzo specyficzne, nie dla każdego i wywołujące skrajne emocje. Część z czytelników będzie je kochać, część znienawidzi, ale z pewnością są one „jakieś”. Ja należę do tej pierwszej grupy, i choć sam się zastanawiam co takiego w nich jest, to znów ubawiłem się przednio. Jeśli więc chcecie wrócić do szalonych lat 90-tych i chcecie poczytać po prostu komiks akcji, przy którym możecie się rozerwać to polecam zajrzeć do „RadioActive Cross”. Z drugiej jednak strony pamiętajcie, że jest to rzecz na tyle specyficzna, że czytacie na własną odpowiedzialność. Zresztą poznanie Kowalczuka w roli pisarza też może być magnesem przyciągającym do tego zbioru, choć zdecydowanie lepiej sprawdza się on w formie komiksowej. Ja czekam na papier – Studio Lain, macie moje pieniądze.



Ps. Z tego wszystkiego nie wspomniałem, że historie z tego zeszytu były już publikowane za granicą w zinach i komiksach internetowych m.in. w „Aces Weekly”

                                                                                        Twitter --> Jaroslaw_D

RadioActive Cross: Ostatnia Bitwa Epickich Rozmiarów

Scenariusz, rysunek, dialogi, skład, wszystko: Łukasz Kowalczuk
A5 (poziom), 32 strony, kolor
Wydawca: Studio Lain
Cena:15 zł (5% vat)
ISBN 978-83-940222-6-6
Premiera: 4 czerwca, Gdańskie Spotkania Komiksowe GDAK

WOJNA ATOMOWA NIE BYŁA OSTATECZNYM KONFLIKTEM, A ZAPOWIEDZIĄ JESZCZEGORSZYCH CZASÓW. STARSI BOGOWIE WYPEŁZLI Z RADIOAKTYWNYCH RUIN ŻEBYBUDOWAĆ NOWE KADATH. DINOZAURY POWRÓCIŁY Z WNĘTRZA ZIEMI, GDZIEWYEWOLUOWAŁY W CZŁEKOKSZTAŁTNE MACHINY ZAGŁADY.Oto AntyUtopia, XXV wiek. Ludzkość jest zgubiona, ale nie wszyscy złożyli broń!Czy radioaktywny krzyż ma jakieś szanse przeciwko zjednoczonym potworom?Zeszyt zawiera historię Ostatnia Bitwa Epickich Rozmiarów (pierwotnie opublikowaną w antologiiAces Weekly), szorty z Bloody Gore Comix Anthology, Strange Kids Club Magazine orazpremierowe opowiadanie zatytułowane Przycisk.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza