wtorek, 28 lutego 2017

(Przedpremierowa recenzja) Łukasz Kowalczuk, Luke Toywalker - Knock Off Wars

„Knockoff” to slangowe określenie taniej lub gorszej (a często obydwu naraz) kopii czegoś. „Knock Off Wars” to z kolei najnowszy komiks Łukasza Kowalczuka i Luke'a Toywalkera i w tym wypadku trudno mówić zarówno o kopii, jak i o czymś gorszym, Co najwyżej tanim (w sensie ceny zakupu), ale to już lepiej dla czytelnika. Komiks ten nie jest ani wtórny, ani słaby, aczkolwiek nazwa pasuje tu w pewnym sensie jak ulał.







1 marca w sprzedaży powinien pojawić się ten najnowszy komiks, można chyba użyć takiego zwrotu, mistrza komiksowego szlamu Łukasza Kowalczuka. Tym razem wydany w całości po angielsku, będzie dostępny w dość ograniczonym nakładzie, więc jeśli jesteście fanami jego twórczości, to uderzajcie prosto do Łukasza.

Łukasz i Luke w "Knock Off Wars" bawią się koncepcją podróbek drogich zabawek produkowanych niegdyś choćby przez firmę Mattel. Drogie i nie na każdą kieszeń figurki przedstawiające postaci z uniwersum He-Mana, szybko doczekały się swoich dużo tańszych podróbek. Na te było stać już większą ilość fanów, przez co zdobyły one niezwykłą popularność. Zresztą, warto wspomnieć, że scena miłośników i twórców tego typu figurek istnieje do dziś i ma grono swoich zagorzałych zwolenników, co widać choćby po ostatnich stronach komiksu. Obydwaj twórcy, w zaprezentowanym zeszycie, zaprezentowali w nim swoją wersję ich przygód, odnosząc się w pewien sposób do tego co jakiś czas temu było dość powszechne, czyli do tworzenia historii rysunkowych, które miały zwiększać sprzedaż zabawek. Teraz, gdy tego typu sytuacji już się raczej nie spotyka, ktoś postanowił do tego pomysłu wrócić.



Jedną z tych osób jest właśnie znany z zamiłowania do lat 80-tych i 90-tych Łukasz Kowalczuk. Nie może więc w żaden sposób dziwić, że sięgnął on wraz ze scenarzystą do, czasami dość tandetnych, figurek i czyniąc z nich bohaterów komiksu. W „Knock Off Wars” walka toczy się zresztą o najwyższe cele. Niejaki Primor lider Turtle Clanu, wyrusza w niezwykle niebezpieczną podróż do tajemniczego zamku, aby pokonać przebywające tam zło, które może zniszczyć całą planetę. Zanim jednak dotrze do celu, który przyniesie mu sporą niespodziankę (czytelnicy powinni pamiętać o występującym w komiksie pomyśle z figurkami), przyjdzie mu zmierzyć się z kolejnymi łotrami. Nie będzie on jednak w tej walce osamotniony, gdyż spotka na swojej drodze również grupę nowych przyjaciół.

I choć, za scenariusz nie odpowiada sam Łukasz, to myślę, że nadaje on zdecydowanie z Toywalkerem na jednej fali, gdyż ściśle zachowana jest koncepcja znana z jego komiksów. Ponadto rysunki Kowalczuka doskonale komponują się z tym zdecydowanie wykręconym scenariuszem. Czytelnika, który zdecyduje się przeżyć rozpisaną przez Toywalkera przygodę, czeka mnóstwo frajdy i zabawy. Akcja toczy się błyskawicznie, mnóstwo tu trupów i pojedynków, aczkolwiek w kilku momentach scenariusz potrafi nieźle zaskoczyć i innymi elementami. Po pierwsze scenarzysta miał świetny zamysł z ukazaniem akcji komiksu niejako w formie filmu oglądanego przez tajemniczego typa siedzącego na kanapie. Mamy wrażenie, że to historia w historii i sprawdza się to świetnie. Po drugie, pomimo zdecydowanego natłoku szlamu i walk, w których trup ściele się gęsto, jest tu też moment na emocje i...wzruszenie. Tak, dobrze przeczytaliście – wzruszenie. Przygotujcie się na to, że nie wszyscy bohaterowie przygodę tę przeżyją. I choć mamy niewiele czasu, aby się z nimi zżyć, to sposób, w jaki giną i jak wielkim poświęceniem się wykazują, powoduje, że autentycznie przeżywamy ich zgony. Aha, nie myślcie jednak, że to jakieś romansidło. Co to, to nie. Łukasz i Luke podali to w odpowiedniej, momentami mocno przegiętej formie. Nie będę zdradzał szczegółów, aby nie psuć zabawy.



Scenariuszowo więc komiks broni się doskonale, gdyż czytelnik dostaje to, na co liczył. Jak jest jednak rysunkowo? Kur#$%* jest naprawdę dobrze. Łukasz podkreśla w nich to, co chciał pokazać scenarzysta, czyli nawet na moment nie daje nam zapomnieć, że to komiks o figurkach. Sposób kadrowania, a dokładnie rysowania poszczególnych postaci jest jak żywcem wyjęty z katalogu sklepu sprzedającego ten stuff. Ułożenie ciała, wygląd poszczególnych postaci, ich stroje i ciuchy, w których występują, to wszystko prezentuje się genialnie i nawet sam Primor wygląda jak podróbka Wojowniczych Żółwi Ninja. Niby taki sam, a jednak brzydszy niż oryginał. Odniesień do popkultury i animacji dawnych lat jest tu więcej, a poza TMNT znajdziemy między innymi, postaci podobne do tych znanych ze wspominanego już wcześniej He-Mana. Co ciekawe i bardzo ważne w zrozumieniu całej historii jest to, że poszczególne postacią naprawdę kiedyś istniały w formie figurek - podróbek. Uważny czytelnik, który zwraca uwagę na drugi plan, będzie miał natomiast nie lada radochę z odkrywania umieszczonych tam smaczków, przenoszących nas do dawnych lat. NES, plakat z wrestlerem czy kaseta VHS z kinowym hitem to tylko część z nich. Czytając komiks, przypatrzcie się tym kadrom uważnie. Również kolorystyka tego zeszytu doskonale komponuje się z całością. Bardzo barwne (kolory nie mają nic wspólnego z rzeczywistością) plansze podkreślają ogromną dynamikę komiksu i jego szlamowy charakter. Od razu też dają do zrozumienia z czyim komiksem mamy do czynienia, będąc niejako znakiem rozpoznawczym Łukasza. Aha, zapomnijcie też o porządku, pięknie ułożonych kadrach i tym podobnych rzeczach. W tym komiksie, za sprawą autora rysunków, panuje totalny bałagan, który jednak podkreśla dodatkowo klimat całej historii.



Ja, jak zwykle zresztą przy komiksach Kowalczuka, bawiłem się świetnie. Żałuję tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że komiks jest krótki, licząc sobie tylko trzydzieści sześć stron. Po drugie tego, że nie został wydany w języku polskim. Fajnie byłoby mieć tę historię w naszym rodzimym języku. Może kiedyś Łukasz Kowalczuk zdecyduje się go przetłumaczyć i wrzucić do którejś antologii. „Knock Off Wars” to również doskonała sposobność do tego, aby sprawdzić, w jaki sposób rysownik radzi sobie w pracy z innym scenarzystą. Według mnie stworzyli oni duet wyborny, który doskonale odnalazł się w pulpowym szlamie i dał czytelnikowi kawał świetnej historii. Jak zawsze jednak przy komiksach Łukasza zaznaczam, że nie jest to historia dla wszystkich. Aby polubić ten sposób rysowania i prezentowania historii trzeba mieć nieco specyficzny gust. Ja taki mam, dlatego dla mnie była to historia świetna. Specyfikę tego tytułu podkreślę porównaniem do „Secret Wars” ze stajni Marvela. Może się to wydać kuriozalne, ale obydwa komiksy łączy nie tylko podobieństwo występujące w nazwie. Ja się absolutnie nie zawiodłem.

Zanim zaczniecie lekturę komiksu, polecam sięgnięcie do artykułu traktującego o fenomenie tych podróbek, umieszczonego w "Szlamtologii". Bardzo pomaga w ogarnięciu fabuły.

                                                                                                   @Jaroslaw_D

Knock Off Wars

Scenariusz: Luke Toywalker
Rysunki: Łukasz Kowalczuk
Wydawnictwo: Underworld Muscles
Rok wydania oryginału: 2017
Liczba stron: 36
Format: A5
Oprawa: miękka
Druk: kolor
Cena z okładki: 6,5$ (druk), 2$ (wydanie cyfrowe)


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza