piątek, 13 grudnia 2013

(Recenzja) Miasto Milczących Rewolwerów

W natłoku recenzji najnowszych wydawnictw komiksowych, nieco zapomniany został przeze mnie temat rzeczy starszych. Czas to nadrobić, bo „Półka” to nie tylko komiksowe hity, ale i stara szkoła komiksowego rzemiosła.









Wracamy dziś do naszych starych znajomych z Węgier, jak się bowiem mówi Polak – Węgier dwa bratanki. O komikach Erno Zorada i Tibora CS. Horvatha mieliście już kilkukrotnie okazję przeczytać na łamach tej strony, że przypomnę tylko kilka z nich: Skarb Majów, Old Shatterhand i Winnetou czy W niewoli u Piratów Kosmosu. Dziś natomiast przyszła pora na Miasto Milczących Rewolwerów, który Krajowa Agencja Wydawnicza RSW wydała w 1987 roku w (jak zwykle) ogromnym nakładzie 180.350 egzemplarzy. Takie to wówczas były czasy, że komiksy sprzedawało się w wielu tysiącach, a nie...hmm co najwyżej setkach jak obecnie.


Dość często Horvath - odpowiedzialny za scenariusz - korzystał przy pracy z powieści innych twórców, które odpowiednio przerabiał na formę komiksową. Tak było i tym razem, a za kanwę posłużyło mu opowiadanie Jenő Rejtő (napisane pod pseudonimem P. Howard) zatytułowane A Néma Revolverek Városa. W Polsce komiks wydano pod tytułem Miasto Milczących Rewolwerów. Warto wspomnieć niejako przy okazji, że był to jedyny wydany po Polsku komiks, na podstawie książek tego pisarza. Węgrzy mieli nieco więcej szczęścia i bodajże siedem innych jego dzieł, mogli obejrzeć w formie adaptacji komiksowej. Wróćmy jednak do opisywanego tytułu.

Sam tytuł sugeruje, że będziemy mieli tutaj do czynienia z historią westernową i tak jest w rzeczywistości, choć nie do końca zaprezentowane są w nim obowiązujące wówczas kanony. „Miasto” to owszem western, ale z wieloma komediowymi elementami. Nie jest to typowa opowieść o Dzikim Zachodzie, a raczej zabawna komedia sytuacyjna umiejscowiona w czasach rewolwerowców. Napomknę tylko, że przez długi czas w Filliponie – miasteczku, w którym dzieje się spora część akcji – mieszkańcy noszą przy pasie same kabury, ponieważ ogłoszono zakaz posiadania Coltów. Stąd zresztą wzięło się tytułowe określenie tego miejsca – Miasto Milczących Rewolwerów.


Warto poświęcić kilka słów fabule, która jest nieźle zagmatwana i niesztampowa. Niejaki Tivald Pancroft, gamoniowaty i niepewny siebie sprzedawca wmieszany zostaje w morderstwo starszej kobiety. Chcąc uciec przed skazującym go wyrokiem, przystaje na dość osobliwą propozycję Beniamina Waltera. Ten, chcę zamienić się z nim nazwiskiem i przejąć jego dotychczasowe życie. Walter twierdzi bowiem, że jest pisarzem kryminałów i wmawia Pancroftowi, że dzięki takiemu zabiegowi będzie mógł poczuć to co czują bohaterowie jego książek i stworzy dzięki temu dzieło życia. Obaj panowie przechodzą jeszcze operację plastyczna, która powoduje, że są nie do rozpoznania, tzn. zamieniają się całkowicie rolami. Jak nietrudno się domyślić, propozycja Waltera miała drugie dno, o czym nasz bohater dowiaduje się, ale już nieco za późno. Bardzo szybko za to spada na niego szereg problemów, których się absolutnie nie spodziewał. To jest też początek całej historii.

Dalsze losy to już lawinowo spadająca na „nowego” Beniamina ilość kłopotów, którym musi stawić czoła, a przy których nawet kara śmierci wydaje się być "pryszczem". Rozkochane i porzucone kobiety, stare finansowe długi i do tego jeszcze skarb w tle. Ech przyznać trzeba, że to może być za dużo jak na jedną głowę. Tym bardziej taką, która w ogóle nie orientuje się w sytuacji, nie znając przecież losów „starego” Waltera. To powoduje szereg zabawnych wpadek i nieporozumień. I to właśnie one budują komediowy klimat tego komiksu. Sama akcja jest momentami nieźle zagmatwana, ale koniec końców, wszystko się wyjaśnia, a i „nowemu” Pancroftowi dostaje się nieco po tyłku.

Z tych wszystkich elementów wychodzi nam całkiem przyjemna historia, której przeczytanie powoduje nie lada ubaw. Co prawda czytelnicy, którzy oczekują typowego westernu z pojedynkami rewolwerowców czy napadami na banki mogą się nieco zawieść, ale i tu nie brakuje dużej ilości akcji.


Jak wspomniane było we wstępie, za warstwę graficzną odpowiada Erno Zorad i Ci, którzy mieli już okazję zapoznać się z jego choć jednym komiksem wiedzą czego mogą oczekiwać. Czuć klimat starych komiksów i jeśli komuś się taka "stara szkoła" podoba to i tą pracą nie powinien być zawiedziony. Takim dość typowym i charakterystycznym dla Zorada elementem jest na pewno różnorodny, ale i nierówny drugie plan. Raz jest to tylko i wyłącznie niebieska plama, a za chwilę dostajemy efektownie dopracowane w szczegółach miasteczko.

Mnie, w pracy rysownika, najbardziej urzekło to co również składa się na dobry western, czyli detale takiej jak choćby otoczenie. Elementy jak stroje, rewolwery, pojazdy czy widoki prezentują się interesująco i można na nich zawiesić oko. Bez trudu można w nich również rozpoznać czasy Dzikiego Zachodu.


Podsumowując – jeśli szukacie przyjemnej i niezobowiązującej lektury komiksowej na wieczór to warto zajrzeć do Miasta Milczących Rewolwerów. Jeśli lubicie stare komiksy to na pewno nie muszę was namawiać do tego tytułu. Nie jest on może dziś popularny i nie zyskał - chyba - statusu kultowego, ale jako rozrywka na dobry humor powinien się sprawdzić.


Miasto Milczących Rewolwerów

Scenariusz: Tibor Cs. Horvath
Rysunek: Erno Zorad
Okładka: Zenon Porada
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Wydanie I: 1987
Liczba stron: 40
Format: A4
Oprawa: miękka
Papier: matowy
Druk: kolor
ISBN: 83-03-01889-2
Cena z okładki: 160 zł



4 komentarze:

  1. muszę poszukać, bo mnie zaciekawiłeś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sporo jest tego na allegro za grosze więc nie powinno być problemów ze znalezieniem:

      http://allegro.pl/listing/listing.php?string=BDB%20MIASTO%20MILCZ%C4%84CYCH%20REWOLWER%C3%93W&similar=1&order=xd&link=1

      Podziel się wrażeniami po lekturze, ciekaw jestem odbioru tego typu tytułów przez innych.

      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Uwielbiam ten komiks! Uwielbiam kreskę Erno Zorada. Jaka szkoda, że tak mało u nas wydano jego komiksów. Świetny jest również tytuł 'Krew tygrysa'. Ten klimat...Jest w nim coś niezwykłego. Poważna kreska i dobór kolorów daje poczucie smutku, refleksji, a jednocześnie kontrastuje to ze zwariowaną, dynamiczną akcją. Wiem, piszę dość dziwacznie, ale nie wiem, jak to przełożyć na litery.

    W każdym razie, to były magiczne czasy Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, która wtedy szalała z wydawaniem komiksów, a i nasi rysownicy byli twórczy. Trochę mi żal, że to mi minęło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, dzięki za komentarz.
      Powiem Ci, że tak mało tych komiksów na polskim rynku to nie jest. Zapraszm do zaglądnięcia do działu "Komiksowych wspomnień czar", gdzie kilka pozycji Zorada opisywałem, a to jeszcze nie wszystko co można u nas nabyć. Fakt, że nie jest to cała jego twórczość, ale i tak jest nieźle.
      Czasy były fajne, ale nie można też do końca narzekać, bo i teraz jest całkiem przyjemnie pod tym względem według mnie.
      Pozdrawiam

      Usuń