poniedziałek, 11 listopada 2019

(Recenzja) Akira Toriyama, Toyotarou - Dragon Ball 6

Podczas lektury jednej z recenzji w magazynie Kawaii natknąłem się na dość ciekawe stwierdzenie, że „Dragon Ball” jest niezbyt dobrze narysowaną mangą, jeśli chodzi o walki. To tym bardziej interesujące, gdyż tytuł ten opiera się przecież na wszechobecnych pojedynkach. Jak wyjaśniał autor tamtego tekstu, mandze tworzonej przez Akirę Toriyamę a obecnie Toyotarou brakuje szczegółowości, a ukazanie ciosów zastąpione zostało zwykłymi kreskami (w tych scenach, w których wojownicy pojedynkują się tak szybko, że ludzkie oko nie jest w stanie tego wyłapać) owszem nadającymi dynamiki, ale też maskującymi niedoskonałości warsztatowe i chęć pójścia na łatwiznę. Z gustami się ponoć nie dyskutuje, natomiast tego typu ukazanie walk jest przecież niezwykle charakterystyczne dla tego tytułu i to zarówno w wersji rysowanej, jak i animowanej. W tym zakochały się też miliony fanów.


Natomiast już odbiegając od tego elementu i przechodząc do sedna, czyli najnowszej odsłony Dragon Ball Super na wstępie chce zaznaczyć, że szósta odsłona sprawiła, iż znów poczułem się dzieckiem oglądającym anime na TVN7 tuż po szkole i zaczytującym się we wspomniane już wcześniej „Kawaii”. Ta seria w dalszym ciągu ma tę moc i potwierdza swój kultowy status. Co ciekawe recenzowana część tak naprawdę jest tylko wstępem do czegoś dużo większego, pomostem pomiędzy dwoma swoistymi sagami. Prolog, który zachwyca i, który przenosi nas w czasie wiele, naprawdę wiele, lat wstecz. Przynajmniej ja tak miałem, dzięki czemu ta odsłona na długo zapadnie mi w pamięć.



W porządku, ale w takim razie należałoby napisać, czym ona tak zachwyca. Ano zachwyca wspomnieniami, które wywołuje. Nasz kochany Song Goku po raz kolejny nie potrafił trzymać języka za zębami, przez co „Najwyższy z najwyższych” organizuje turniej wszechświatów, w którym wystąpić mają najlepsi zawodnicy. Mało tego przegrany wszechświat ma zostać...zlikwidowany. Każda z drużyn dostaje chwilę czasu na zebranie ekipy i właśnie na tym skupia się w dużej mierze fabuła tego tomiku. Niby niewiele, niby nic specjalnego, ale zostało to tak ciekawie pomyślane, że to prawdziwa przyjemność. Przyjemność tym większa, że przez kolejne strony przewiną się praktycznie wszystkie najważniejsze postaci z poprzednich serii. Postaci uwielbianych, kultowych, wzbudzających emocje. Istny dream team i spełnienie marzeń każdego fana. Aż mnie ciary biorą, jak pomyśle sobie o tym, co będzie dalej. Niesamowitym uczuciem było móc znów z tymi wojownikami – i tymi dobrymi i tymi niekoniecznie pozytywnymi – obcować. Wspomnienia, które przywołują, są nie do przecenienia.



Dla mnie osobiście to najważniejsza zaleta tego tomiku, aczkolwiek też niejedyna. Bo choć Goku może nieco irytować swoją naiwnością i przesadną chęcią sprawdzania umiejętności tak np. doprawdy zabawny i nieprostacki humor tego tomu zachwyca. Często powiedziany nie wprost albo odwołujący się do starszych wydarzeń jest na poziomie i należy go docenić. Dynamizuje też bardzo całą akcję. Trochę paradoksalnie też fakt, że do turnieju jeszcze trochę zostało, to w tym tomie dzieje się po pierwsze dużo, a po drugie mamy szanse choć trochę poznać nowe postacie, które się pojawiają i, które zapewne odegrają niebagatelną rolę w dalszych wydarzeniach.

Lektura tego tomiku była dla mnie niesamowitą podróżą w czasie, podróżą, która odnowiła moje wspomnienia. Zakończenie dało też ogromną nadzieję na to, że kolejne tomy będą jeszcze ciekawsze i jeszcze bardziej emocjonujące. Czekam, czekam z ogromną niecierpliwością.

Dragon Ball Super #6

Scenarzysta:Akira Toriyama
Ilustrator:Toyotarou
Wydawnictwo:JPF - Japonica Polonica Fantastica
Seria:Dragon Ball Super (#6)
Oprawa:miękka
Papier:offset
Druk:cz-b
ISBN-13:9788374717366
Data wydania:31 lipiec 2019


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza